środa, 22 lipca 2009

No i przychodzi w końcu ten dzień.

Dzień, w którym zaczyna boleć Cię gardło i wszystko, a temparetura rośnie sobie powolutku, bez pośpiechu, jakby nigdy nic.
Takie tam przeziębienie.

Więc idziesz do sklepu, z zamiarem kupienia sobie produktów na domowy rosołek - kawałek nogi kurczaczka, włoszczyzna, jakieś zioła...

Wchodzisz do dzialu warzywnego - a tam nic - nie ma włoszczyzny, na ma pietruszki, nie ma selera - jest tylko marchew w worku i jakiś zdechły por Nie ma też kurczaka świeżego, tylko taki obłożony jakąś trawą, albo prosto na grilla. Nie ma vegety. Nie ma warzywka. Nie ma, kurwa, nic.

I nagle uświadamiasz sobie, że nie będzie rosołu. Po prostu. Nie będzie. Bo jesteś na obczyźnie, na wygnaniu, na jakimś odciętym od normalnego świata Sybirze. W ruskim łagrze, przy kole podbiegunowym. Na zimnej, zagrzybiałej pryczy. A zupę, to sobie możesz zrobić najwyżej z jakiejś kurczakopodobnej fiszy. Takiej z jakby-dziobem i pseud0-piórami. Robiącej rybie, bezgłośne "ko-ko-ko". Strasznej.

I wtedy zaczynasz histeryzować w słuchawkę.

Happy End
I wtedy pojawia się Adrea, Twoja niemiecka współlokatorka. Z rosołkiem Knorra - prosto z Berlina. I już wszystko jest dobrze.




P.S> Andrea jest pierwszą Niemką, która się śmieje z mojej angedoty o Indze. Inga to moja przyjaciółka z, no jakby nie było, Oświęcimia. W Berlinie mieszkałyśmy razem na Krezubergu. No i zawsze jak poznawałyśmy Niemca, to na pierwsze pytanie, niezobowiązujace "Skąd jesteś?", odpowiadała z grobową miną "Z Auschwitz". I atmosfera od razu siadała.
Andrea każde mi to wszystkim opowiadać i ma ubaw, normalnie, po pachy.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz