

Brakuje tu jednego zdjęcia. Zdjęcia na którym stoimy sobie, ze starym, wiecznie zdziwionym badaczem-brodczem - Steivem. Pod wielkim, rozgwieżdżonym niebem. Takim, co to się je widzi kilka razy w życiu - i potem cały czas się tęskni (choć nie wie się, że właśnie do niego). Wśród winorośli. I ciszy.
A soki ziemii płyną sobie wokół nas.
A my w tych sokach obmywamy nasze garbate dusze.
To znaczy moja jest garbata, bo Steiva jest na pewno dobra i niewinna, jak Einsteina i tych wszystkich innych naukowców od rozszczepienia jądra, co to się tak strasznie zadziwili bombą atomową i innymi niekulturalnymi zastosowaniami wyników ich badań.
Widzę ich wszystkich w smutku Steiva, gdy pokazuję mu zdjęcie, które właśnie zrobiłam. Nas, tu, na tej górze, pod tym niebem. Piękne na maksa. Najpiękniejsze, jakie udało mi się kiedykolwiek zrobić. Steive mówi: - Ale na tym zdjecu jest ładniej niż w rzeczywistości, zobacz, aż tak ładnie to wcale nie jest. I patrzy jakiś taki zraniony na perfekcyjną reprodukcję chwili w moim Nikonie. I potem na siermiężny oryginał.
Kasuję więc zdjęcie. Po prostu. Stoimy tu jeszcze ze Steivem, w tym całym oryginale, przez chwilę. Odrzuciwszy mężnie pokusy baudrillardowskich pasazży.
Siermiężni i prawdziwi - aż do bólu.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz