Będzie tu tylko przez chwilę, także jak macie ochotę na muśnięcie z innego świata - świata pradawnych rytuałów, krawywch ofair, znaków i szamanów - czytajcie.
mnie powaliło:)
Kochani,
(...) Zrobiłam to drugi raz w życiu. Pojechałam w miejsce, którego nie reprezentuje żadna kropka na mapie. Co więcej, w miejsce, którego sama nie potrafię dokładnie umiejscowić w przestani i czasie. Miejsce istniejące same w sobie, same dla siebie, wrogie wszelkim przybyszom, nieprzyjazne dla przyjezdnych.
Huichole to bardzo dumni, zamknięci w sobie i swoim hermetycznym świecie Indianie. Nie chcą widzieć białych ludzi, nie chcą rozgłosu, ich twarze nie zdradzają żadnych emocji. Pierwsze pytanie jakie zadają, to ,,Co tutaj robisz?”. Jak przebrnie się przez pierwsze, zadają drugie: ,,Kto cię tu zaprosił?”. Nie jest łatwo.
Miałam wszystko dopięte na ostatni guzik, współpracę z lokalnym NGO, grafik zajęć, miejsc, wszystko wyglądało na dobrze zorganizowane i możliwe do wprowadzenia w życie. No nie. Nie byłabym sobą, gdyby wszystko potoczyło się zgodnie z planem, zgodnie ze zdrowym rozsądkiem, a nie silniejszą ode mnie intuicją i niezaspokojonym żywiołem. Przypadek, nazwijcie to przypadkiem, łańcuszkiem przypadków, ale w istocie jedyną słuszną drogą.
W Mexico City poznałam przypadkiem szamana z plemienia Huicholi. Każdy normalny człowiek, na jego widok, pomyślałby: wariat. Emocjonalnie niezrównoważony, odprawiający czary na swoich zmarłych rodzicach, reagujący dziwnym mruganiem oczów i tańco-podskokiem na słowo ,,Huichol”. Nic, stwierdziłam, że mimo wszystko zaufam. Muigiel podał mi drogę, jak dostać się do jednej społeczności Indian. Kazał mi szukać Alexandro Lopez-a i mocno go od niego uściskać. Zrobiłam zdjęcie Muigielowi, żeby owy Alexandro z pewnością go rozpoznał. Jadę.
Jestem w Zacatecas, widzę młodego Huichola w tradycyjnym stroju. Ponieważ Migiel napisał mi nazwę miejsca, do którego mam dotrzeć dosyć niewyraźnie, zaczepiam młodzieńca i przedstawiam mu swoją sytuację.
- Muigiel? Z Mexico City? Taki co mruga oczami i podskakuje?
- Tak – odpowiadam dosyć zażenowana.
- To mój wujek!
Pokazuję mu zdjęcie i tak: pełna radość! Zagubiony wujek, który uciekł od swojej społeczności w ułamku sekundy, po wielu latach został nagle odnaleziony. Nie wiem, czy zrobiłam dobry, czy zły uczynek, ale na pewno zostałam wplątana w tragi-komedię rodzinną.
Pytam chłopaka, jak mogę dotrzeć do owej społeczności. Chłopak mówi: ,,Poczekaj, za pół godziny przyjeżdża moja rodzina, oni jutro tam jadą, pojedziesz z nimi.”. Poddaję się toku wypadków, jestem nimi nawet zafascynowana, ufam wszystkiemu co się dzieje i co ma się stać.
Po pół godzinie znałam nie tylko zaginionego wujka, chłopaka, ale też ojca, matkę i dwie córki. Niezły początek. Wszyscy w tradycyjnych strojach, z workami zamiast plecaków wracali z rytuału składania ofiar. Bardzo nieśmiali, i oni i ja zawstydzona całą tą sytuacją, zachowujemy duży dystans.
Jesteśmy umówieni na poranny autobus. ,,Do zobaczenia, widzimy się jutro”.
Chcąc nie chcąc, byliśmy na siebie skazani losem i łańcuszkiem kolejnych przypadków. Mając do wyboru całe miasto Zacatecas, wiele ulic i dróg, trzy razy na siebie wpadaliśmy, lądując to w tej samej restauracji, to w tym samym autobusie. Nie ma innego wyboru, to jest TA droga, choć irracjonalna, ale tak, na pewno TA.
I tak się zaczęło.cd. na życzenie pod bianco25@tlen.pl
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz