czwartek, 19 listopada 2009

Dziennik Frustrata 2 - Requiem "Revelation"

(narastająca groza, uderzenia bębnów i dramatyczne skrzypce w tle)

Generalnie jest strasznie. Nic nie wiesz, nic nie rozumiesz.
Masz pustkę w oczach i panikę w sercu.
Ci wszyscy naukowcy mówią do Ciebie, a tak jakby nie mówili.
Niby tłumaczą, a tak jakby specjalnie próbowali wyprowadzić Cię na manowce.
Jest wielka zmowa przeciwko Tobie. Konspiracja. Spisek stulecia.

(tony przechodzą płynnie w daleko posuniętą psychodelię)

I nawet Pani od książek jest w tym spisku, bo co Ci poleci jakąś pozycję, to coraz gorzej się czujesz po niej na psychice...
A Twoja superwajzorka zaczyna Cię jakby unikać, jakby nie chciała być widziana w Twoim towarzystwie...
I nawet Pani od lunchu patrzy się na Ciebie nad ta sałatką ze śledziem jakoś z odrazą.

(psychodeliczna groza narasta łącząc się z powracającą grozą klasycznej orkiestry i wspólnie osiagają wyraziste apogeum)


Jesteś wyrzutkiem instytutu, intelektualnm śmieciem, bolesnym pierdnięciem polskiego, kalekiego systemu szkolnictwa wyzszego. Ponurą zemstą swojej kaprawej Alma Mater na tych bogatych Norwegach. A niech mają - zgniłe jajo! Niech się męczą, cwaniacy!

I próbujesz czytać.
A niektóre teksty, niektóre strony, niektóre akapity są Ci tak wrogie, tak jakby Cię nienawidzą, tak Ci sie opierają, że normalnie płaczesz.
Po prostu siedzisz i płaczesz nad tym swoim małym rozumkiem. I złamanym życiorysem.

(i tu zmiana motywu na podniosły i narastająco optymistyczny z pobrzmieniami akcentów nadziei na przyszłość)

Ale czasem - ale to naprawdę czasem - spotykasz GO. I wtedy świat przez chwilę staje się prosty. A ty odnajdujesz swoje w nim miejsce.

ON może być fragmentem tekstu, wdzięcznie napisanym artykułem, który trafia w sedno sprawy, podsumowaniem, które zaoszczędzi Ci tysiąc godzin bezsensownej pracy, zwięzłą myślą, która jakimś cudem rozświetla niebywałe mroki Twojej ignorancji. Jakimiś ramami interpretacyjnymi, conceptual framework, modelem, zastosowaniem, trafioną w sedno definicją.

Może też być niby przypadkową rozmową w kawiarni z jakimś podejrzanie wygladającym badaczem-brodaczem, którego luźne skojarzenie, mimochodem rzucona uwaga, nagle, zupełnie znienacka naprowadzają Cię na jakiś wniosek.

Czy po prostu jaką oczywistościa, związkiem, syntezą, która po miesiącach intensywnych poszukiwań, jak gdyby nigdy nic, podchodzi sobie leniwym krokiem w najmniej oczekiwanym momencie, i mówi "No hej, jestem. O co chodzi?"

I to jest fajne. To jest świetne. To odurza. I pomaga zrozumieć tych wszystkich biednych łosi, którzy siedzą na tych swoich posadkach za 250 Euro brutto na uniwerku i coś tam dłubią w przerwach między kserowniem dokumentów dla swego promotora i parzeniem herbaty.

Trwa jednak krótko.


(gwałtowne urwanie radosnej nuty, powracamy do mrocznych klimatów z początku utworu)

Potem z pokorą wracasz na właściwe Ci miejsce na samym dnie hierarchi naukowej.
Tam, gdzie dyskurs nie sięga.
Do tego mrocznego, zapomnianego przez bogów miejsce, gdzie z pseudodoktorantów wylęgają się szemrani wykładowcy, szmeranych szkół wyższych.

(utwór zamyka motyw muzyczny z "Władcy Pierścieni", z części gdy u Sarumana Białego wylęga się nowa, przerażająca odmiana orków - urughaje - odgłosy młotów z wnętrza ziemii i odrażajace poświsty....wszystko cichnie pozostawiajac wrażenie niewypowiedzianego niepokoju o przyszłość polskiego szkolnictwa wyższego i - generalnie - o losy świata)

OKLASKI


2 komentarze:

  1. kobieto weś sie do naukowej pracy!!!!!

    OdpowiedzUsuń
  2. kobieto rzuc nauke, rzuc sie w luzne pisanie a potem to zaokladkuj i sprzedaj :)

    OdpowiedzUsuń